Forum Niezatapialna Armada Kolonasa Waazona Strona Główna Niezatapialna Armada Kolonasa Waazona
analizy, blogaski, aŁtoreczki...
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Po jednym zdaniu
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Niezatapialna Armada Kolonasa Waazona Strona Główna -> Gry i zabawy towarzyskie
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Milka
Wstrząśnięty Szejk



Dołączył: 09 Lip 2010
Posty: 883
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kielce

PostWysłany: Nie 19:34, 10 Lut 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
emilyanne
Bella Wiecznie Zamyślona



Dołączył: 07 Sie 2012
Posty: 1357
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 15:40, 11 Lut 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Gość







PostWysłany: Śro 8:34, 24 Kwi 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
emilyanne
Bella Wiecznie Zamyślona



Dołączył: 07 Sie 2012
Posty: 1357
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 17:03, 07 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Rufus
Książę Ryszard na Białym Fortepianie



Dołączył: 03 Lut 2013
Posty: 5315
Przeczytał: 86 tematów

Pomógł: 18 razy
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 2:26, 08 Lip 2013    Temat postu:

Matko kochana, losy Rufusa się ważą, a ja dopiero zaglądam do wątku po raz pierwszy!

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
emilyanne
Bella Wiecznie Zamyślona



Dołączył: 07 Sie 2012
Posty: 1357
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Wto 21:19, 09 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Sineira
Piąty Jeździec Apokalipsy



Dołączył: 13 Lis 2009
Posty: 11327
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 120 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Festung Posen

PostWysłany: Wto 21:27, 09 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
emilyanne
Bella Wiecznie Zamyślona



Dołączył: 07 Sie 2012
Posty: 1357
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Wto 21:59, 09 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Rufus
Książę Ryszard na Białym Fortepianie



Dołączył: 03 Lut 2013
Posty: 5315
Przeczytał: 86 tematów

Pomógł: 18 razy
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Wto 22:41, 16 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten. Pech chciał, że ów obiekt zbyt szybko wszedł w atmosferę i spłonął, nim w ogóle zbliżył się na niebezpieczną odległość.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Bumburus
Gość






PostWysłany: Wto 22:47, 16 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten. Pech chciał, że ów obiekt zbyt szybko wszedł w atmosferę i spłonął, nim w ogóle zbliżył się na niebezpieczną odległość. Maleńka jaszczurka, nieświadoma niczego, ani na chwilę nie wypuściła rąbka szaty maga ze swego pyszczka.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Sineira
Piąty Jeździec Apokalipsy



Dołączył: 13 Lis 2009
Posty: 11327
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 120 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Festung Posen

PostWysłany: Śro 8:15, 17 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten. Pech chciał, że ów obiekt zbyt szybko wszedł w atmosferę i spłonął, nim w ogóle zbliżył się na niebezpieczną odległość. Maleńka jaszczurka, nieświadoma niczego, ani na chwilę nie wypuściła rąbka szaty maga ze swego pyszczka.
Tymczasem Najmroczniejszy, nieco już skołowany całym tym zamieszaniem, oddał instynktowi władzę nad rozumem i, nie zastanawiając się ani trochę nad sensownością swoich poczynań, pochwycił krwiożerczego bakłażana w gorące wnętrze piecopodobnej kończyny.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Milka
Wstrząśnięty Szejk



Dołączył: 09 Lip 2010
Posty: 883
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kielce

PostWysłany: Śro 18:31, 17 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten. Pech chciał, że ów obiekt zbyt szybko wszedł w atmosferę i spłonął, nim w ogóle zbliżył się na niebezpieczną odległość. Maleńka jaszczurka, nieświadoma niczego, ani na chwilę nie wypuściła rąbka szaty maga ze swego pyszczka.
Tymczasem Najmroczniejszy, nieco już skołowany całym tym zamieszaniem, oddał instynktowi władzę nad rozumem i, nie zastanawiając się ani trochę nad sensownością swoich poczynań, pochwycił krwiożerczego bakłażana w gorące wnętrze piecopodobnej kończyny. Po uzębionej roślinie pozostałą jedynie kupka popiołu.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Sineira
Piąty Jeździec Apokalipsy



Dołączył: 13 Lis 2009
Posty: 11327
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 120 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Festung Posen

PostWysłany: Śro 19:07, 17 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten. Pech chciał, że ów obiekt zbyt szybko wszedł w atmosferę i spłonął, nim w ogóle zbliżył się na niebezpieczną odległość. Maleńka jaszczurka, nieświadoma niczego, ani na chwilę nie wypuściła rąbka szaty maga ze swego pyszczka.
Tymczasem Najmroczniejszy, nieco już skołowany całym tym zamieszaniem, oddał instynktowi władzę nad rozumem i, nie zastanawiając się ani trochę nad sensownością swoich poczynań, pochwycił krwiożerczego bakłażana w gorące wnętrze piecopodobnej kończyny. Po uzębionej roślinie pozostałą jedynie kupka popiołu.
- Szlag... - mruknął niezadowolony władca. - A taką miałem ochotę na pieczonego bakłażana!


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Bumburus
Gość






PostWysłany: Śro 21:29, 17 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten. Pech chciał, że ów obiekt zbyt szybko wszedł w atmosferę i spłonął, nim w ogóle zbliżył się na niebezpieczną odległość. Maleńka jaszczurka, nieświadoma niczego, ani na chwilę nie wypuściła rąbka szaty maga ze swego pyszczka.
Tymczasem Najmroczniejszy, nieco już skołowany całym tym zamieszaniem, oddał instynktowi władzę nad rozumem i, nie zastanawiając się ani trochę nad sensownością swoich poczynań, pochwycił krwiożerczego bakłażana w gorące wnętrze piecopodobnej kończyny. Po uzębionej roślinie pozostałą jedynie kupka popiołu.
- Szlag... - mruknął niezadowolony władca. - A taką miałem ochotę na pieczonego bakłażana!
Sprzedawca westchnął ciężko. Nie dość, że nie sprzedał jeszcze ani jednej sztuki swego towaru, to jeszcze nie doczeka się na pewno żadnej zapłaty za tę stratę, chyba że w monecie, która, jako żywo, nie usatysfakcjonowałaby go ani trochę.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Sineira
Piąty Jeździec Apokalipsy



Dołączył: 13 Lis 2009
Posty: 11327
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 120 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Festung Posen

PostWysłany: Śro 22:00, 17 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten. Pech chciał, że ów obiekt zbyt szybko wszedł w atmosferę i spłonął, nim w ogóle zbliżył się na niebezpieczną odległość. Maleńka jaszczurka, nieświadoma niczego, ani na chwilę nie wypuściła rąbka szaty maga ze swego pyszczka.
Tymczasem Najmroczniejszy, nieco już skołowany całym tym zamieszaniem, oddał instynktowi władzę nad rozumem i, nie zastanawiając się ani trochę nad sensownością swoich poczynań, pochwycił krwiożerczego bakłażana w gorące wnętrze piecopodobnej kończyny. Po uzębionej roślinie pozostałą jedynie kupka popiołu.
- Szlag... - mruknął niezadowolony władca. - A taką miałem ochotę na pieczonego bakłażana!
Sprzedawca westchnął ciężko. Nie dość, że nie sprzedał jeszcze ani jednej sztuki swego towaru, to jeszcze nie doczeka się na pewno żadnej zapłaty za tę stratę, chyba że w monecie, która, jako żywo, nie usatysfakcjonowałaby go ani trochę. To westchnienie, brzemienne smutkiem, poruszyło jakąś czułą strunę w sercu Rufusa, wciąż wpatrzonego w oczka gekona; machnął od niechcenia ręką i oto piecyk oderwał się od przedramienia Najmroczniejszego, urósł nieco i z gracją wylądował obok stoiska, dłoń władcy odrosła, a bakłażany pokornie pomaszerowały w czeluść paleniska, które obniżyło swą temperaturę.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
emilyanne
Bella Wiecznie Zamyślona



Dołączył: 07 Sie 2012
Posty: 1357
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Śro 22:09, 17 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten. Pech chciał, że ów obiekt zbyt szybko wszedł w atmosferę i spłonął, nim w ogóle zbliżył się na niebezpieczną odległość. Maleńka jaszczurka, nieświadoma niczego, ani na chwilę nie wypuściła rąbka szaty maga ze swego pyszczka.
Tymczasem Najmroczniejszy, nieco już skołowany całym tym zamieszaniem, oddał instynktowi władzę nad rozumem i, nie zastanawiając się ani trochę nad sensownością swoich poczynań, pochwycił krwiożerczego bakłażana w gorące wnętrze piecopodobnej kończyny. Po uzębionej roślinie pozostałą jedynie kupka popiołu.
- Szlag... - mruknął niezadowolony władca. - A taką miałem ochotę na pieczonego bakłażana!
Sprzedawca westchnął ciężko. Nie dość, że nie sprzedał jeszcze ani jednej sztuki swego towaru, to jeszcze nie doczeka się na pewno żadnej zapłaty za tę stratę, chyba że w monecie, która, jako żywo, nie usatysfakcjonowałaby go ani trochę. To westchnienie, brzemienne smutkiem, poruszyło jakąś czułą strunę w sercu Rufusa, wciąż wpatrzonego w oczka gekona; machnął od niechcenia ręką i oto piecyk oderwał się od przedramienia Najmroczniejszego, urósł nieco i z gracją wylądował obok stoiska, dłoń władcy odrosła, a bakłażany pokornie pomaszerowały w czeluść paleniska, które obniżyło swą temperaturę. Także hamburgery przestały spadać z nieba, całe szczęście nim jeszcze poddani zdążyli przytyć od przejedzenia.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Bumburus
Gość






PostWysłany: Pią 17:01, 19 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten. Pech chciał, że ów obiekt zbyt szybko wszedł w atmosferę i spłonął, nim w ogóle zbliżył się na niebezpieczną odległość. Maleńka jaszczurka, nieświadoma niczego, ani na chwilę nie wypuściła rąbka szaty maga ze swego pyszczka.
Tymczasem Najmroczniejszy, nieco już skołowany całym tym zamieszaniem, oddał instynktowi władzę nad rozumem i, nie zastanawiając się ani trochę nad sensownością swoich poczynań, pochwycił krwiożerczego bakłażana w gorące wnętrze piecopodobnej kończyny. Po uzębionej roślinie pozostałą jedynie kupka popiołu.
- Szlag... - mruknął niezadowolony władca. - A taką miałem ochotę na pieczonego bakłażana!
Sprzedawca westchnął ciężko. Nie dość, że nie sprzedał jeszcze ani jednej sztuki swego towaru, to jeszcze nie doczeka się na pewno żadnej zapłaty za tę stratę, chyba że w monecie, która, jako żywo, nie usatysfakcjonowałaby go ani trochę. To westchnienie, brzemienne smutkiem, poruszyło jakąś czułą strunę w sercu Rufusa, wciąż wpatrzonego w oczka gekona; machnął od niechcenia ręką i oto piecyk oderwał się od przedramienia Najmroczniejszego, urósł nieco i z gracją wylądował obok stoiska, dłoń władcy odrosła, a bakłażany pokornie pomaszerowały w czeluść paleniska, które obniżyło swą temperaturę. Także hamburgery przestały spadać z nieba, całe szczęście nim jeszcze poddani zdążyli przytyć od przejedzenia.
Jakaś starowinka, zgięta w pół i oparta na sękatym kosturze, zaczęła wlec się z wyraźnym wysiłkiem w stronę maga.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Rufus
Książę Ryszard na Białym Fortepianie



Dołączył: 03 Lut 2013
Posty: 5315
Przeczytał: 86 tematów

Pomógł: 18 razy
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pią 20:06, 19 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten. Pech chciał, że ów obiekt zbyt szybko wszedł w atmosferę i spłonął, nim w ogóle zbliżył się na niebezpieczną odległość. Maleńka jaszczurka, nieświadoma niczego, ani na chwilę nie wypuściła rąbka szaty maga ze swego pyszczka.
Tymczasem Najmroczniejszy, nieco już skołowany całym tym zamieszaniem, oddał instynktowi władzę nad rozumem i, nie zastanawiając się ani trochę nad sensownością swoich poczynań, pochwycił krwiożerczego bakłażana w gorące wnętrze piecopodobnej kończyny. Po uzębionej roślinie pozostałą jedynie kupka popiołu.
- Szlag... - mruknął niezadowolony władca. - A taką miałem ochotę na pieczonego bakłażana!
Sprzedawca westchnął ciężko. Nie dość, że nie sprzedał jeszcze ani jednej sztuki swego towaru, to jeszcze nie doczeka się na pewno żadnej zapłaty za tę stratę, chyba że w monecie, która, jako żywo, nie usatysfakcjonowałaby go ani trochę. To westchnienie, brzemienne smutkiem, poruszyło jakąś czułą strunę w sercu Rufusa, wciąż wpatrzonego w oczka gekona; machnął od niechcenia ręką i oto piecyk oderwał się od przedramienia Najmroczniejszego, urósł nieco i z gracją wylądował obok stoiska, dłoń władcy odrosła, a bakłażany pokornie pomaszerowały w czeluść paleniska, które obniżyło swą temperaturę. Także hamburgery przestały spadać z nieba, całe szczęście nim jeszcze poddani zdążyli przytyć od przejedzenia.
Jakaś starowinka, zgięta w pół i oparta na sękatym kosturze, zaczęła wlec się z wyraźnym wysiłkiem w stronę maga. Prosta, czarna szata, przyozdobiona bordowym pasem z misternym złotym haftem, wisiorek z rubinem wielkości dorodnej śliwki i mnóstwo sygnetów na chudych palcach - to mogła być tylko ona, wieloletnia nauczycielka Rufusa, profesor na najbardziej prestiżowej Akademii w Europie, a także... siostra jego matki.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Bumburus
Gość






PostWysłany: Sob 4:31, 20 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten. Pech chciał, że ów obiekt zbyt szybko wszedł w atmosferę i spłonął, nim w ogóle zbliżył się na niebezpieczną odległość. Maleńka jaszczurka, nieświadoma niczego, ani na chwilę nie wypuściła rąbka szaty maga ze swego pyszczka.
Tymczasem Najmroczniejszy, nieco już skołowany całym tym zamieszaniem, oddał instynktowi władzę nad rozumem i, nie zastanawiając się ani trochę nad sensownością swoich poczynań, pochwycił krwiożerczego bakłażana w gorące wnętrze piecopodobnej kończyny. Po uzębionej roślinie pozostałą jedynie kupka popiołu.
- Szlag... - mruknął niezadowolony władca. - A taką miałem ochotę na pieczonego bakłażana!
Sprzedawca westchnął ciężko. Nie dość, że nie sprzedał jeszcze ani jednej sztuki swego towaru, to jeszcze nie doczeka się na pewno żadnej zapłaty za tę stratę, chyba że w monecie, która, jako żywo, nie usatysfakcjonowałaby go ani trochę. To westchnienie, brzemienne smutkiem, poruszyło jakąś czułą strunę w sercu Rufusa, wciąż wpatrzonego w oczka gekona; machnął od niechcenia ręką i oto piecyk oderwał się od przedramienia Najmroczniejszego, urósł nieco i z gracją wylądował obok stoiska, dłoń władcy odrosła, a bakłażany pokornie pomaszerowały w czeluść paleniska, które obniżyło swą temperaturę. Także hamburgery przestały spadać z nieba, całe szczęście nim jeszcze poddani zdążyli przytyć od przejedzenia.
Jakaś starowinka, zgięta w pół i oparta na sękatym kosturze, zaczęła wlec się z wyraźnym wysiłkiem w stronę maga. Prosta, czarna szata, przyozdobiona bordowym pasem z misternym złotym haftem, wisiorek z rubinem wielkości dorodnej śliwki i mnóstwo sygnetów na chudych palcach - to mogła być tylko ona, wieloletnia nauczycielka Rufusa, profesor na najbardziej prestiżowej Akademii w Europie, a także... siostra jego matki. Ludzie rozstępowali się z szacunkiem przed sędziwą wiedźmą; choć wyglądała na kruchą i bezbronną staruszkę, nikt nie ośmieliłby się jej narazić.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Bumburus
Gość






PostWysłany: Nie 8:43, 21 Lip 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten. Pech chciał, że ów obiekt zbyt szybko wszedł w atmosferę i spłonął, nim w ogóle zbliżył się na niebezpieczną odległość. Maleńka jaszczurka, nieświadoma niczego, ani na chwilę nie wypuściła rąbka szaty maga ze swego pyszczka.
Tymczasem Najmroczniejszy, nieco już skołowany całym tym zamieszaniem, oddał instynktowi władzę nad rozumem i, nie zastanawiając się ani trochę nad sensownością swoich poczynań, pochwycił krwiożerczego bakłażana w gorące wnętrze piecopodobnej kończyny. Po uzębionej roślinie pozostałą jedynie kupka popiołu.
- Szlag... - mruknął niezadowolony władca. - A taką miałem ochotę na pieczonego bakłażana!
Sprzedawca westchnął ciężko. Nie dość, że nie sprzedał jeszcze ani jednej sztuki swego towaru, to jeszcze nie doczeka się na pewno żadnej zapłaty za tę stratę, chyba że w monecie, która, jako żywo, nie usatysfakcjonowałaby go ani trochę. To westchnienie, brzemienne smutkiem, poruszyło jakąś czułą strunę w sercu Rufusa, wciąż wpatrzonego w oczka gekona; machnął od niechcenia ręką i oto piecyk oderwał się od przedramienia Najmroczniejszego, urósł nieco i z gracją wylądował obok stoiska, dłoń władcy odrosła, a bakłażany pokornie pomaszerowały w czeluść paleniska, które obniżyło swą temperaturę. Także hamburgery przestały spadać z nieba, całe szczęście nim jeszcze poddani zdążyli przytyć od przejedzenia.
Jakaś starowinka, zgięta w pół i oparta na sękatym kosturze, zaczęła wlec się z wyraźnym wysiłkiem w stronę maga. Prosta, czarna szata, przyozdobiona bordowym pasem z misternym złotym haftem, wisiorek z rubinem wielkości dorodnej śliwki i mnóstwo sygnetów na chudych palcach - to mogła być tylko ona, wieloletnia nauczycielka Rufusa, profesor na najbardziej prestiżowej Akademii w Europie, a także... siostra jego matki. Ludzie rozstępowali się z szacunkiem przed sędziwą wiedźmą; choć wyglądała na kruchą i bezbronną staruszkę, nikt nie ośmieliłby się jej narazić.
- Wystarczy, Korneliuszu; możesz uważać swój najbliższy egzamin za zdany - zaskrzeczała władczym tonem; gekon natychmiast przedzierzgnął się w młodego człowieka w żółtej czapeczce, która od razu zdradzała w nim adepta sztuk magicznych i wiedzy tajemnej.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
swirek
Gość






PostWysłany: Pią 20:19, 04 Paź 2013    Temat postu:

Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten. Pech chciał, że ów obiekt zbyt szybko wszedł w atmosferę i spłonął, nim w ogóle zbliżył się na niebezpieczną odległość. Maleńka jaszczurka, nieświadoma niczego, ani na chwilę nie wypuściła rąbka szaty maga ze swego pyszczka.
Tymczasem Najmroczniejszy, nieco już skołowany całym tym zamieszaniem, oddał instynktowi władzę nad rozumem i, nie zastanawiając się ani trochę nad sensownością swoich poczynań, pochwycił krwiożerczego bakłażana w gorące wnętrze piecopodobnej kończyny. Po uzębionej roślinie pozostałą jedynie kupka popiołu.
- Szlag... - mruknął niezadowolony władca. - A taką miałem ochotę na pieczonego bakłażana!
Sprzedawca westchnął ciężko. Nie dość, że nie sprzedał jeszcze ani jednej sztuki swego towaru, to jeszcze nie doczeka się na pewno żadnej zapłaty za tę stratę, chyba że w monecie, która, jako żywo, nie usatysfakcjonowałaby go ani trochę. To westchnienie, brzemienne smutkiem, poruszyło jakąś czułą strunę w sercu Rufusa, wciąż wpatrzonego w oczka gekona; machnął od niechcenia ręką i oto piecyk oderwał się od przedramienia Najmroczniejszego, urósł nieco i z gracją wylądował obok stoiska, dłoń władcy odrosła, a bakłażany pokornie pomaszerowały w czeluść paleniska, które obniżyło swą temperaturę. Także hamburgery przestały spadać z nieba, całe szczęście nim jeszcze poddani zdążyli przytyć od przejedzenia.
Jakaś starowinka, zgięta w pół i oparta na sękatym kosturze, zaczęła wlec się z wyraźnym wysiłkiem w stronę maga. Prosta, czarna szata, przyozdobiona bordowym pasem z misternym złotym haftem, wisiorek z rubinem wielkości dorodnej śliwki i mnóstwo sygnetów na chudych palcach - to mogła być tylko ona, wieloletnia nauczycielka Rufusa, profesor na najbardziej prestiżowej Akademii w Europie, a także... siostra jego matki. Ludzie rozstępowali się z szacunkiem przed sędziwą wiedźmą; choć wyglądała na kruchą i bezbronną staruszkę, nikt nie ośmieliłby się jej narazić.
- Wystarczy, Korneliuszu; możesz uważać swój najbliższy egzamin za zdany - zaskrzeczała władczym tonem; gekon natychmiast przedzierzgnął się w młodego człowieka w żółtej czapeczce, która od razu zdradzała w nim adepta sztuk magicznych i wiedzy tajemnej. Jego twarz promieniowała radością.
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Bumburus
Gość






PostWysłany: Nie 17:37, 08 Cze 2014    Temat postu:

PostWysłany: Pią 19:19, 04 Paź 2013 Temat postu: Odpowiedz z cytatem
Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten. Pech chciał, że ów obiekt zbyt szybko wszedł w atmosferę i spłonął, nim w ogóle zbliżył się na niebezpieczną odległość. Maleńka jaszczurka, nieświadoma niczego, ani na chwilę nie wypuściła rąbka szaty maga ze swego pyszczka.
Tymczasem Najmroczniejszy, nieco już skołowany całym tym zamieszaniem, oddał instynktowi władzę nad rozumem i, nie zastanawiając się ani trochę nad sensownością swoich poczynań, pochwycił krwiożerczego bakłażana w gorące wnętrze piecopodobnej kończyny. Po uzębionej roślinie pozostałą jedynie kupka popiołu.
- Szlag... - mruknął niezadowolony władca. - A taką miałem ochotę na pieczonego bakłażana!
Sprzedawca westchnął ciężko. Nie dość, że nie sprzedał jeszcze ani jednej sztuki swego towaru, to jeszcze nie doczeka się na pewno żadnej zapłaty za tę stratę, chyba że w monecie, która, jako żywo, nie usatysfakcjonowałaby go ani trochę. To westchnienie, brzemienne smutkiem, poruszyło jakąś czułą strunę w sercu Rufusa, wciąż wpatrzonego w oczka gekona; machnął od niechcenia ręką i oto piecyk oderwał się od przedramienia Najmroczniejszego, urósł nieco i z gracją wylądował obok stoiska, dłoń władcy odrosła, a bakłażany pokornie pomaszerowały w czeluść paleniska, które obniżyło swą temperaturę. Także hamburgery przestały spadać z nieba, całe szczęście nim jeszcze poddani zdążyli przytyć od przejedzenia.
Jakaś starowinka, zgięta w pół i oparta na sękatym kosturze, zaczęła wlec się z wyraźnym wysiłkiem w stronę maga. Prosta, czarna szata, przyozdobiona bordowym pasem z misternym złotym haftem, wisiorek z rubinem wielkości dorodnej śliwki i mnóstwo sygnetów na chudych palcach - to mogła być tylko ona, wieloletnia nauczycielka Rufusa, profesor na najbardziej prestiżowej Akademii w Europie, a także... siostra jego matki. Ludzie rozstępowali się z szacunkiem przed sędziwą wiedźmą; choć wyglądała na kruchą i bezbronną staruszkę, nikt nie ośmieliłby się jej narazić.
- Wystarczy, Korneliuszu; możesz uważać swój najbliższy egzamin za zdany - zaskrzeczała władczym tonem; gekon natychmiast przedzierzgnął się w młodego człowieka w żółtej czapeczce, która od razu zdradzała w nim adepta sztuk magicznych i wiedzy tajemnej. Jego twarz promieniowała radością.
- Wwwitam szszanowną cioteczkę! - wykrztusił tymczasem Rufus. - Jjak zdrowie?...
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Bumburus
Gość






PostWysłany: Czw 21:11, 20 Lis 2014    Temat postu:

Bo fajnie by było kontynuować.
Zmutowane bakłażany złowrogo szczerzyły długie, ostre zęby z pobliskiego stoiska. Sprzedawca o niewiele bardziej zachęcającej powierzchowności od czasu do czasu wygrażał im grubym kijem, bacząc jednak pilnie, by żadnego nie uszkodzić. Cena zmutowanego bakłażana przewyższała kilkakrotnie cenę zwykłego bakłażana, więc nic dziwnego, że sprzedawca nie chciał uszkodzić towaru w który zainwestował niemały majątek. Uśmiechnął się pod nosem. Był absolutnie pewny, że zmutowane bakłażany będą sprzedawały się lepiej niż tańczące kalafiory, którymi handlował jego brat. Nienawidził brata od dzieciństwa, rodzice zawsze bardziej kochali starszego syna, nawet sami zainwestowali w jego pierwszy stragan z kalafiorami, ponadto Danisz był niezwykle przystojny i cieszył się wielkim powodzeniem wśród dziewcząt, w przeciwieństwie do młodszego i szpetnego jak noc brata. Sprzedawca zmutowanych bakłażanów musiał sam zapracować na wszystko co miał, sam nocami skręcał skrzynki marząc o dniu, w którym będzie mógł wyjść z nimi dumnie na rynek.
Do stoiska zbliżył się tęgi, rumiany chłop, młody jeszcze, wlokąc za sobą uwiązane na postronku prosię. Świniak kwiczał przerażliwie i zapierał się raciczkami w kurzu drogi. Sprzedawca bakłażanów spostrzegł w mig okazję na zawarcie swojej pierwszej transakcji.
- Chyba pana prosiak potrzebuje czegoś na uspokojenie, może zmutowany bakłażan?
Sprzedawca zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje niewiedzę chłopa na temat działania zmutowanych bakłażanów na trzodę chlewną, lecz pragnienie zarobienia pierwszych pieniędzy było zbyt wielkie, by przejmować się czymś tak nieistotnym jak zdrowie jednego świniaka, zwłaszcza, że jego dobrze zaokrąglone boki świadczyły aż nadto wymownie o tym, że i tak nie jest mu pisany długi żywot.
- Zbu... zbutowany?... - wieśniak podrapał się niepewnie wolną ręką po zwichrzonej czuprynie.
- To znaczy zdrowszy - wyjaśnił gładko sprzedawca, powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami. Przeklęta reforma edukacji.
Chłop zastanowił się. Ta czynność sprawiała mu niezwykłą trudność, gdyż nie przywykł do myślenia.Tymczasem prosię podreptało w kierunku straganu i zaczęło go obwąchiwać z wyraźnym zaciekawieniem.
- To ja wezmę kilo... - powiedział powoli chłop, gdy nagle rozległo się głośne mlaskanie.
-A bodajby cię... - przekleństwo zamarło nagle na ustach wieśniaka; osłupiały, z otwartą szeroko gębą, patrzył w dół przerażonymi oczyma, wyszłymi niemal z orbit.
Jeden z bakłażanów przeżuwał coś ze smakiem. Obaj mężczyźni zdołali jednak dostrzec jak w wielkiej paszczy znika świński ogonek.
- No i coś pan zrobił!? - oburzył się sprzedawca. - Towar żrący należy do żartego!
- Znaczy się... ja mam zapłacić za warzywo... bo mi zjadło prosiaka? - powiedział z trudem chłop.
- Za zmutowanego bakłażana, a nie jakieśtam warzywo! - oburzył się sprzedawca.
Bakłażan beknął głośno i wypluł prosto pod nogi wieśniaka urwany koniec postronka, umazany krwią i tłuszczem.
- Właściwie - rozległ się melancholijny bas - to prosiak powinien zapłacić.
Obydwaj - sprzedawca i niefortunny klient - jak na komendę złożyli czołobitny ukłon; doskonale wiedzieli, znając ten głos nie od dziś, czym groziłoby im uchybienie podobnej powinności. Nadchodził mroczny władca tej krainy, był słynny na cały kontynent z powodu swojego upodobania do torturowania młodych prosiąt oraz rzucania humorystycznych uwag. Jego kamiennojedwabny płaszcz z karmazynową podszewką łopotał ponuro na wietrze, którego nie było. Za nim truchtał jego pomocnik, dźwigając wentylator i radio grające ponurą muzykę; władca słynął z niezwykłej dbałości o szczegóły i przywiązywania wagi do aury mroku wokół niego. Powiadano, że egzekucję pewnego przestępcy przekładał aż siedemnaście razy, ponieważ świecące wesoło słońce i bezchmurne niebo uparcie niweczyły wszelkie próby uzyskania nastroju grozy i nieuchronnej zagłady, który to nastrój był wszak niezbędny do przeprowadzenia tak poważnego przedsięwzięcia.Innym razem ponoć nakazał, by dwóm heretyczkom, blondynkom o dziecięcej urodzie, przed spaleniem na stosie przefarbowano włosy na kruczy kolor i podczerniono oczy.
- Wwweź ppprosiaka Panie! Wwweź! - powiedział przerażony chłop. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się jak najdalej stąd, z daleka od władcy, brzydala za straganem i jego krwiożerczych bakłażanów. Co za czort podkusił go, by wybrać dziś właśnie tę drogę przez targ; babka nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, prawili, że gdy na drodze ujrzysz Kotołaka należącego do wiedźmy z bagien, pech będzie utrzymywał się przez cały dzień. Juści widział był wielkie czarne bydlę z łbem jak ceber, ślepiami jak pochodnie i pyskiem ni to kocim, ni to ludzkim... tfu, na psa urok! Trza jak najszybciej odprawić modły ku czci...
Władca skinął upierścienioną dłonią:
- Słuchaj no, kmiocie - odezwał się gromkim głosem.
Pod chłopem ugięły się kolana, gdy dotarło do niego, że oto sam władca do niego przemówił. Byłby upadł prosto w piętrzące się na straganie bakłażany, gdyby sprzedawca nie podtrzymał go przezornie (niemal bezgłośnie klnąc przy tym jak szewc), nie tyle z obawy o jego życie i zdrowie, co o całość swego towaru. Biedny chłop poprawił drżącymi rękami ubranie i rzekł potulnie:
- Słucham, Najjaś... tfu, Najmroczniejszy Panie - tu ponownie zgiął się w ukłonie z gracją godną młodego niedźwiadka.
Władca z trudem stłumił cisnący się na jego wargi uśmiech; cóż by to oznaczało dla jego wizerunku! Gdy już w końcu opanował swoje wargi rzekł:
- Skąd jesteś i jak cię zwą?
- Jo żech Kaz... - tu chłopa z lekka przytkało, gdyż przypomniał sobie, że na mocy edyktu wszyscy obywatele (pod groźbą utraty języka) mieli się posługiwać językiem literackim.
Władca groźnie zmarszczył brwi. Z zadowoleniem odnotował, że pod wpływem jego groźnego spojrzenia kmiotek struchlał i zatrząsł się niczym osika. "Oto przykładny poddany" - pomyślał - "trzęsie portkami, ledwie tylko zauważy nasze niezadowolenie."
Przykładny poddany zakaszlał, chrząknął i na wszelki wypadek ukłonił się głęboko. Szpetna twarz sprzedawcy bakłażanów wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
- J-jestem Kazimierz z W-wilczej Woli wielmożny panie - powiedział drżącym głosem chłop.
Władca wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
- Świetnie, mój zuchu! (wysoko cenił sobie ironię) Żonę masz? dzieci?
Owszem, Kazimierz miał zarówno żonę jak i dzieci. Piękną Jagnę i całą gromadkę urwisów płci obojga. Nie był jednakowoż pewien, czy zdradzanie tej informacji groźnemu władcy byłoby rozsądne - choć z drugiej strony Najmroczniejszy wiedział ponoć wszystko. Zresztą, czy jasnowłosa Jagna, tęga, krzepka i rumiana, mogłaby wpaść mu w oko? albo i dzieciska?
- Mam, o Najmroczniejszy - odpowiedział krótko i, na wszelki wypadek, ukłonił się raz jeszcze. Mimo wszystko odzyskał nieco pewności siebie: może i Najmroczniejszy Pan nie taki srogi, jak powiadają, i nie ukrzywdzi biednego człowieka?
Tymczasem ponury Władca stwierdził, że straszenie wieśniaków jest w gruncie rzeczy nudne, o wiele nudniejsze niż, na przykład, spopielenie zmutowanych bakłażanów wraz z ich właścicielem. Albo przekonanie się, czy z równym apetytem pożarłyby ludzkie ciało. Sam nie wiedział, co go do tego skłoniło, ale wyciągnął dłoń w stronę podejrzanego towaru. Bakłażany wyszczerzyły pyski w parodii uśmiechu. Jeden z nich, widać śmielszy albo żarłoczniejszy od swoich pobratymców, chwycił w zęby zwisający nisko rękaw jego szaty. Nim władca zdążył się zorientować, nie miał już dłoni i był cały we krwi. Oczy sprzedawcy bakłażanów rozszerzyły się z przerażenia; chłop, blady jak płótno, mruczał jakieś ochronne formułki; pomocnik władcy upuścił radio i wentylator.
- Ała - jęknął żałośnie władca oszołomiony bólem.
Bakłażan mlasnął i oblizał zakrwawione zęby paskudnym zielonym ozorem. A szkarłatna krew wciąż sączyła się niczym dżem z naleśnika...Najmroczniejszy z mrocznych miał jednak szczęście, gdyż niedaleko stoiska przechodził akurat magomedyk, i to nie pierwszy lepszy, jakich wielu kręciło się po całym państwie, oferując swoje usługi, lecz sam Rufus Mądry, Dziedzic Ksiąg i Strażnik Pieczęci. Szczęście jednak szybko zmieniło się w katastrofę, bo Rufus zobaczywszy Najmroczniejszego, zaczął uciekać, potrącając przy tym stoisko z ludziożernymi bananami, które wyraźnie wstydu nie miały, bo leżały tam bez skórki. Brawurowa próba ucieczki na nic się jednak nie zdała, jako że wśród tłumu ukryci byli agenci Najmroczniejszego, którzy szybko pochwycili maga i doprowadzili go przed pobladłe oblicze władcy. Nie wykazywali przy tym najmniejszego szacunku ani dla wiedzy, ani nawet dla wieku sędziwego mędrca, wlokąc go, szarpiąc za brodę i kłując ukrytymi w rękawach sztyletami. W końcu doprowadzono mocno poturbowanego maga przed oblicze władcy. Na nieszczęście Rufus stracił przytomność i nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał go ocucić.
I byłby się być może wykrwawił Najmroczniejszy, gdyby nie Kazimierz z Wilczej Woli, który dostrzegł swą życiową szansę w postaci wiadra pełnego wody - a skoro ją dostrzegł, to i nie omieszkał wykorzystać, wylewając ową wodę na zamroczony łeb maga i krzycząc coś o najświętszym obowiązku, ratowaniu życia i oddaniu władcy.
Niestety płyn ochlapał również niewinnych, całkiem przytomnych (aczkolwiek bardzo przerażonych) obserwatorów i wszystko wskazywało na to, że rozpęta się niebawem prawdziwe piekło.
- Wszyscy zginiemy! - pisnął łupież Rufusa.
Paru przezornych obywateli, stojących szczęśliwie na obrzeżach zbiegowiska, ulotniło się profilaktycznie, rzucając za siebie nieco spłoszone spojrzenia; wyglądało jednak na to, że część z nich wybrała niewłaściwą drogę ucieczki, bowiem bezwstydne ludziożerne banany okazały się równie nienażarte co ich zmutowani pobratymcy, toteż zaledwie kilku niedobitkom udało się umknąć z pokąsanymi boleśnie łydkami i nogawkami w malowniczych strzępach. Gwoli sprawiedliwości wypadałoby jednak napomknąć, że parę krwiożerczych owoców zostało przy tym rozdeptanych na miazgę ku wściekłości właścicielki straganu, wysokiej, chudej jędzy, którą co starsi mieszkańcy pamiętali jako pensjonariuszkę zamtuza przy zachodniej bramie.
Tymczasem oblany wodą mag oprzytomniał na tyle, by w odruchu samoobrony rzucić kilka zabójczych zaklęć na agresywne owoce, rozejrzeć się i dostać czkawki na widok Najmroczniejszego, który stanowił w tym momencie jedyny nieruchomy punkt w ogarniętym chaosem otoczeniu. Rufus Mądry doskonale pamiętał, jak to kilka lat temu niemal cudem wykręcił się od stosu, na który skazał go władca, i to za co? Za drobiazg, drobiazg niewarty wzmianki, nieistotny i całkowicie pozbawiony znaczenia! Gdyby nie...szkoda nawet mówić, jak dalece musiał się wówczas poniżyć dla ratowania życia. Nigdy chyba nie zapomni szat, które na sobie wyczarował, by móc udawać kobietę oraz nigdy chyba nie pozbędzie się z ust smaku lepkiej pomady, którą pokrył całe wargi. Co gorsza, jego piękna broda, której również musiał się wtedy pozbyć, nigdy już nie odrosła tak bujna i błyszcząca. A teraz ten sam władca skazany jest na jego łaskę. Magomedyk uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- No to się zabawimy!
Najmroczniejszy przestał jęczeć i z osłupieniem spojrzał na to, co wyrosło na końcu jego okaleczonej ręki, tam, gdzie niegdyś znajdowała się dłoń. Gdyby mógł zbladłby jeszcze bardziej, lecz z jego ciała ubyło zbyt wiele krwi. Z poszarpanego rękawa szaty wychylał się bowiem... jak by tu go nazwać?... wychylał się... Cóż, cokolwiek to było, przypominało piec do pieczenia pizzy, tylko trochę mały. Co chwila wypuszczał mały obłoczek pachnącego ziołami dymu.
Najmroczniejszy (w przypływie wisielczego humoru lub może histerii) skonkludował, że przynajmniej się nie wykrwawi, co w pewnym stopniu poprawiło mu humor. Co więcej, żarłoczne bakłażany bynajmniej nie sprawiały wrażenia zbytnio chętnych na bliższe zapoznanie się z jego nową kończyną; stłoczone na straganie, drżały wyrażnie ze strachu. Pod wpływem chwili Najmroczniejszy rzucił się na ludożercze banany. Również i one, ogarnięte popłochem, usiłowały znaleźć się jak najdalej od dymiącego pieca (czy cokolwiek to było); Rufus Mądry, widząc, że jego zemsta nie przyniosła spodziewanego efektu, pośpiesznie wymruczał pod nosem wielokrotnie wypróbowane zaklęcie. Z nieba zaczęły spadać hamburgery. Pulchne, rumiane bułki lądowały na ziemi i okolicznych straganach z miękkimi pacnięciami. Jakby tego było mało, z ziemi zaczął wytryskać czerwony jak krew ketchup. Obecnych na targowisku ogarnęło istne szaleństwo. Biegli i, nie zważając na bakłażany, za wszelką cenę starali się zebrać jak najwięcej hamburgerów, które były w tej wiosce prawdziwą rzadkością. Nawet ci, którzy zwiedzili kawał świata i z niejednego pieca nie tylko chleb, ale i hamburgerowe bułki jedli, nie pozostali bynajmniej obojętni. Albowiem każdy mieszkaniec krainy wiedział, że hamburgery Rufusa są prawdziwym arcydziełem fastfoodowej sztuki kulinarnej. Tymczasem sam Najmroczniejszy zamarł, wreszcie uświadamiając sobie, że to dopiero początek zemsty, która na razie wszystkim wydawała się być niezmiernie przyjemną. Mimo jego starań, żeby tak się nie stało, uśmiech zagościł na twarzy Najmroczniejszego - ten plebs nie wiedział, że hamburgery są takie tuczące, iż nie minie chwila i będą musieli się toczyć, żeby gdzieś dojść.
Złość ogarnęła Rufusa na myśl, że rozbawił Najmroczniejszego, toteż postanowił wyciągnąć z rękawa kolejnego asa. W połowie inkantacji Najbardziej Złożonego Zaklęcia Świata, opracowanego przez jego sławną ciotkę, zorientował się, że coś ciągnie go za szatę. Był to mały gekon, który wybałuszał na niego oczy w sposób tak słodki, że ruszyło nawet jego. Serce mu się ścisnęło, a z oczu jasnych spłynęła do warg kropelka słona, wplatając się w kunsztowną tkaninę zaklęcia i nasycając ją niespodziewaną nutą smutku i zachwytu. Odechciało mu się jakichkolwiek zemst i byłby może spokój, gdyby nie wielkie kosmiczne coś, co zaraz miało uderzyć w planetę, eliminując wszystkie organizmy, prócz gekonów takich jak ten. Pech chciał, że ów obiekt zbyt szybko wszedł w atmosferę i spłonął, nim w ogóle zbliżył się na niebezpieczną odległość. Maleńka jaszczurka, nieświadoma niczego, ani na chwilę nie wypuściła rąbka szaty maga ze swego pyszczka.
Tymczasem Najmroczniejszy, nieco już skołowany całym tym zamieszaniem, oddał instynktowi władzę nad rozumem i, nie zastanawiając się ani trochę nad sensownością swoich poczynań, pochwycił krwiożerczego bakłażana w gorące wnętrze piecopodobnej kończyny. Po uzębionej roślinie pozostałą jedynie kupka popiołu.
- Szlag... - mruknął niezadowolony władca. - A taką miałem ochotę na pieczonego bakłażana!
Sprzedawca westchnął ciężko. Nie dość, że nie sprzedał jeszcze ani jednej sztuki swego towaru, to jeszcze nie doczeka się na pewno żadnej zapłaty za tę stratę, chyba że w monecie, która, jako żywo, nie usatysfakcjonowałaby go ani trochę. To westchnienie, brzemienne smutkiem, poruszyło jakąś czułą strunę w sercu Rufusa, wciąż wpatrzonego w oczka gekona; machnął od niechcenia ręką i oto piecyk oderwał się od przedramienia Najmroczniejszego, urósł nieco i z gracją wylądował obok stoiska, dłoń władcy odrosła, a bakłażany pokornie pomaszerowały w czeluść paleniska, które obniżyło swą temperaturę. Także hamburgery przestały spadać z nieba, całe szczęście nim jeszcze poddani zdążyli przytyć od przejedzenia.
Jakaś starowinka, zgięta w pół i oparta na sękatym kosturze, zaczęła wlec się z wyraźnym wysiłkiem w stronę maga. Prosta, czarna szata, przyozdobiona bordowym pasem z misternym złotym haftem, wisiorek z rubinem wielkości dorodnej śliwki i mnóstwo sygnetów na chudych palcach - to mogła być tylko ona, wieloletnia nauczycielka Rufusa, profesor na najbardziej prestiżowej Akademii w Europie, a także... siostra jego matki. Ludzie rozstępowali się z szacunkiem przed sędziwą wiedźmą; choć wyglądała na kruchą i bezbronną staruszkę, nikt nie ośmieliłby się jej narazić.
- Wystarczy, Korneliuszu; możesz uważać swój najbliższy egzamin za zdany - zaskrzeczała władczym tonem; gekon natychmiast przedzierzgnął się w młodego człowieka w żółtej czapeczce, która od razu zdradzała w nim adepta sztuk magicznych i wiedzy tajemnej. Jego twarz promieniowała radością.
- Wwwitam szszanowną cioteczkę! - wykrztusił tymczasem Rufus. - Jjak zdrowie?...
Starucha zmierzyła go wzrokiem, od którego ziemia pomiędzy nimi pokryła się cienką warstewką szronu, a kilka brzęczących nad owocami much i os w jednej chwili padło trupem.
Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Niezatapialna Armada Kolonasa Waazona Strona Główna -> Gry i zabawy towarzyskie Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3
Strona 3 z 3

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin